Karolina Wilk: Chciałabym pokazać, że można nie być idealnym i spełniać marzenia

Zawodniczka Good Lood AZS PK Kraków to postać, którą po swojej stronie chciałby mieć nawet legendarny Wielki Szu. Może zacząć mecz na ławce rezerwowych i gdy większość „ławkowiczów” wpada w monotonię obserwacji meczu, ona nagle wychodzi, by celnymi rzutami za trzy odmienić losy rywalizacji. Przy czym dla niej dystans to nie tylko linia biegnąca 6, 75 m od kosza, a przede wszystkim dystans do siebie. Póki co, prowadzi ją do spełniania marzeń. Na przekór trudnościom.

Obecnie tematem przewodnim wydają się być przygotowania, niedawno zakończone zgrupowanie, podczas którego trenowałyście ciężko, a momentami bardzo ciężko. Mimo tego, wytrzymałyście obciążenia bez większych problemów.

Karolina Wilk: Tak, jesteśmy przyzwyczajone do takiej pracy po poprzednich sezonach spędzonych  z trenerem Wojciechem Eljaszem Radzikowskim, który dobrze nas przygotowywał przed właściwymi rozgrywkami. Ponadto, praktycznie każda z nas robiła coś przez wakacje, utrzymywała aktywność. Nie przyszłyśmy do hali bezpośrednio z ulicy. Posiadałyśmy pewną „zaprawę” i wspominane zgrupowanie przeszłyśmy… spokojnie.

Ty, w trakcie urlopu od ligowego basketu postanowiłaś zaangażować się w koszykówkę 3×3, która notabene zadebiutuje jako dyscyplina sportu na Olimpiadzie w Tokio 2020.

Rzeczywiście, wspólnie z Natalią Malagą i Magdaleną Rutą wystąpiłyśmy na turnieju w Katowicach, czy krakowskiej Juliadzie. Trzeba pamiętać, że zanim przyszło nam tam rywalizować, spotykałyśmy się, żeby podtrzymać dyspozycję. Bywało, że tą formułę stosowałyśmy także, kiedy dziewczyny szykowały się na wyjazd do Portugalii, gdzie wzięły udział w Europejskich Igrzyskach Akademickich. Zatem piłka była przy naszych rękach.

Gdy rozpoczynają się zespołowe treningi, przychodzi wysiłek, wasze organizmy mocno to odczuwają czy z biegiem czasu przejście między urlopem, a codziennymi ćwiczeniami staje się płynne?

Oj, te pierwsze zajęcia czuć. Pamiętam trening z Paweł Oraczem, odpowiadającym za przygotowania fizyczne. Dobrał mniejsze obciążenia niż te, towarzyszące nam obecnie, lecz zmęczyłam się konkretnie. Później był obóz, natomiast teraz wracamy już do tych typowo sezonowych treningów, więc skala obciążeń jest nam znana. Ja zdążyłam się przyzwyczaić, nie wiem jak reszta (śmiech).

Tworzycie strukturę coraz rzadziej spotykaną, bo opartą o wychowanki, bądź zawodniczki znające się od wielu lat. Czujecie się przez to trochę odmienne od otaczającej rzeczywistości?

Wydaje mi się to zdecydowanie lepsze niż zlepek ludzi, nie mających ze sobą nic wspólnego, bo wtedy znacznie trudniej o dobrą, szczerą atmosferę. My się ze sobą dogadujemy. Spotykamy się nawet po treningach i generalnie jest w porządku. Bez dwóch zdań pomaga to potem w grze.

W większości jesteście młodymi koszykarkami, ale już zdążyłyście od podszewki poznać poziom seniorski, w tym 1. ligę. Słusznie odnoszę wrażenie, że podchodzicie do rozgrywek z dużą mądrością i obyciem w panujących realiach?

Wszystkie, brzydko mówiąc, gdzieś tam „liznęłyśmy” dorosłej koszykówki. Ja miała okazję trenować z Wisłą Can Pack Kraków, czyli 45. krotnym medalistą mistrzostw Polski. O większej grze ciężko w tym wypadku mówić. Powszechnie wiadomo, jakiego pokroju graczy ten klub zatrudnia, niemniej sama obecność tam dużo dała. Z kolei w 1. lidze debiutancki sezon był dość trudny. Przeskok z 2. ligi stanowił wyzwanie, jednak już w drugim roku się rozkręciłam. Teraz mam nadzieję, że będzie już super.

Zaczęłaś skromnie, a ja nadal pamiętam cztery celne rzuty za trzy punkty Twojego autorstwa zaliczone w około 90 sekund i to zaraz po wejściu z ławki rezerwowych. W Karolinie Wilk najwyraźniej drzemie pokaźny potencjał.

(Śmiech). Jakiś tam drzemie…

Jakiś tam?

(Śmiech). Jest to pewnego rodzaju mocna strona. Mówię o rzucie, jasna sprawa. I udało mi się parę razy trafić (śmiech).

Oprócz gry w koszykówkę na co dzień realizujesz się zawodowo. Organizacja czasu to podstawa, żeby pogodzić kilka obowiązków jednocześnie?

Teraz, kiedy treningi mamy dość wcześnie nie jest łatwo. Muszę wcześniej wychodzić z pracy, a to nie takie proste (śmiech). Jednak mnie się udaje. Mój kierownik wie, że gram w koszykówkę i delikatnie przymyka oko na moją osobę. Mam nadzieję… że nie zwolni mnie z tego powodu (śmiech). Ogólnie daję sobie radę.

Mówiliśmy, że kształt drużyny w większości został zachowany, przy czym nie obyło się bez roszad. Te nastąpiły na stanowisku szkoleniowca oraz wśród samych zawodniczek, gdzie pojawiły się nowe postaci. Jaką AZS Politechnikę możemy zobaczyć w nadchodzących miesiącach?

Chciałabym równie silną lub jeszcze silniejszą niż do tej pory. Póki co wszystko się dobrze układa. Wiadomo, że liga jeszcze pewne kwestie zweryfikuje. Wśród koszykarek aż tyle zmian nie zaszło. Doszła wysoka, pojawiły się skrzydłowe. Cóż, wszystko dopiero się okaże. Poczekajmy jak to zafunkcjonuje. Obyśmy zaczęły rundę zasadniczą tak dobrze, jak poprzednio.

Jak scharakteryzowałabyś 1. ligę, w której występujecie?

Dobrą rzeczą jest to, że grają same Polki.  W ekstraklasie bywa już z tym różnie. Zwrócę uwagę na fakt, że istnieje spora dysproporcja między elitą, a naszą ligą i podobnie sytuacja wygląda z 1. ligą oraz 2. ligą. Nasz szczebel mimo wszystko jest mocny. Potwierdzenie stanowiły m in. wyczyny dziewczyn z reprezentacji Polski U 20 na mistrzostwach Europy. Gro z nich biegało właśnie po boiskach zaplecza ekstraklasy, a w trakcie wymienionego czempionatu wywalczyło upragnione utrzymanie w dywizji A.

Masz koszykarskie marzenia?

Chciałabym, żeby kiedyś koszykówka stała się moją pracą i wtedy nie musiałabym dodatkowo pracować. To ciężkie godzić jedno i drugie. W przypadku realizacji mojej wizji, chodziłabym dwa razy dziennie na treningi, utrzymywałabym się z tego. Basket to coś, co kocham, robię całe życie. Tyle lat to robię… Chciałabym w końcu coś osiągnąć, pokazać ludziom, że można nie być idealnym i grać, spełniać marzenia.

Czyli w ciągu tych 90 sekund trafiać jeszcze więcej „trójek”?

Tak! Na przykład dziesięć (śmiech)?

Miałaś, a może nadal masz sportowy wzór? Osobę godną naśladowania?

Wciągnęła mnie do tego moja mama. Też była strzelcem i bardzo mnie wspiera w tych „trójkach” (śmiech). Nie widziałam jak gra, ponieważ skończyła karierę, gdy mnie urodziła, niemniej wydaje mi się, że wszystko się od niej zaczęło. Zawsze pyta po meczu, jak mi poszło. Kto jeszcze? Będąc w Wiśle Can Pack widziałam wiele gwiazd. Z Anną DeForge na czele. Jednak mówiąc szczerze, nigdy im się wielce nie przypatrywałam. Nie oglądam ani NBA, ani WNBA., ale faktem jest, że Wisła miała mnóstwo znanych koszykarek. Przykład z niezbyt odległych czasów to Allie Quigley, znakomity strzelec z USA. Sprawiała wrażenie wręcz niepozornej podczas meczu, a i tak zrobiła dużo szumu, nawrzucała sporo punktów.

Do etapu dorosłego sportowca stopniowo się dochodzi, natomiast ten młodzieżowy czas często wcale nie jest usłany różami. Trzeba pogodzić naukę, dojazdy na treningi, działać wbrew zmęczeniu. Jak Ty wspominasz ten okres rozwoju?

W koszykówkę gram od samej szkoły podstawowej. W 6. klasie musiałam zmienić nawet oddział, ponieważ godzinowo nie dawałam rady pogodzić obu rzeczy. W gimnazjum byłam już w sportowej szkole, miałam treningi codziennie. Znakomicie wszystko ustawili. Od godziny 8 do godziny 12 poświęcałam się nauce, zaś od 14 trenowałyśmy. Hala była moim drugim domem. Nie przeszkadzało mi to. Spośród nauki i koszykówki trochę bardziej postawiłam na sport, co nie sprawiało problemów moim rodzicom… Chociaż się na mnie darli (śmiech).

Jest coś, co zapadło ci szczególnie w pamięć w całej przygodzie z koszykówką?

Zaczynając grać w 2. lidze trener dawał mi wiele minut. Dostawałam szansę, pełniłam rolę zarówno rozgrywającej, jak i podkoszowej, biegałam praktycznie od samego początku do końcowej syreny. Radziłam sobie pod względem wytrzymałościowym, mimo narastającego zmęczenia. To cieszyło. Miałam jeden mecz w Katowicach. Rzuciłam wówczas dziewięć „trójek”, łącznie zaś uzbierałam 40 punktów. Chciałabym, żeby takie spotkanie powtórzyło się kiedyś w 1. lidze. Tylko może jeszcze, żeby taki wyczyn odmienił losy pojedynku. Wtedy przegrałyśmy, a ja nie zdołałam nic więcej zrobić (śmiech).

Wspomniałaś o swojej wszechstronności i siłą rzeczy wyłamujesz się, podobnie jak drużyna, z panujących tendencji. Okazuje się, że można w razie konieczności odpowiadać za rozegranie, by po chwili walczyć ze środkowymi na tablicach.

Patrząc na mnie, jako centra trzeba powiedzieć, że jestem karłowatym centrem (śmiech). Jestem po prostu masywna, dlatego grałam na pozycji numer pięć. Z kolei rola rozgrywającej przypadła mi, bo Kamila Ciężadło złamała palec (śmiech). Cieszę się, że w tym wszystkim trener zaufał mnie. Nie dysponuję wyjątkowym „kozłem”, a jednak dostrzegł we mnie pozytywne cechy zawodnicze.

Przed inauguracją sezonu  towarzyszy Wam głód sukcesu?

Tak, dwa lata temu stanęłyśmy na najniższym stopniu podium. Ostatnio przypadło czwarte miejsce, więc teraz niech będzie przynajmniej finał. Wygrany finał.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.