Kinga Banach: Pasja ważniejsza niż zwycięstwo

Nowa zawodniczka Good Lood AZS PK Kraków to ciekawa postać, która mimo młodego wieku ma za sobą już pięć sezonów na poziomie pierwszej ligi, zdobyte medale, występy w ekstraklasie i równolegle dba o rozwój zawodowy. Mimo to, radość czerpie nie tylko z wielkich wyczynów, co sprawia, że pozytywnej energii jej nie brakuje. Teraz spróbuje pomóc naszej drużynie, która w trakcie ciężkich, pełnych poświęceń przygotowań zaczyna nabierać kształtu.

Koszykówka zagościła w Twoim życiu przypadkowo czy ktoś pokazał Ci tą drogę i wiedziałaś, że to jest właśnie to?

Kinga Banach: U mnie to trochę śmieszna sprawa. Mój starszy brat grał w dość małej drużynie, w rodzinnym miasteczku i zawsze chciałam mu udowodnić, że ja też potrafię. Jako młodsza siostra. Od tego momentu zaczęłam trenować z… chłopakami. To małe miasto i nie było innej możliwości. Tak się zaczęło.

Od początku musiałaś być szybka, bo inaczej ciężko byłoby dorównać pozostałym zawodnikom.

(Śmiech). Do dziś tak naprawdę na tym bazuję, ale ja wiem czy jestem taka szybka?

Mówię o tym, co da się dostrzec po zaledwie kilku treningach.

Na pewno w jakimś stopniu moja gra opiera się na motoryce. Szukam w tym elemencie swojej przewagi na boisku. Tacy gracze też są potrzebni (śmiech).

Szybko zdecydowałaś się wyjechać z domu, żeby grać w koszykówkę, rozwijać się. To chyba duże poświęcenie?

Tak, wyjechałam gdy miałam 14 lat. W sumie do dziś zastanawiam się patrząc na dzieci będące w podobnym wieku, jak ja to zrobiłam, lecz decyzja okazała się chyba bardzo dobra. Nawet nie chyba. Otworzyła mi możliwości i tak już zostało. Od 8 lat mieszkam poza domem i na dobre wyszło, chociaż było mi ciężko. Tęskniłam. Niemniej, w  tych pierwszych, najtrudniejszych miesiącach miałam blisko do domu, rodzice przyjeżdżali na mecze, bądź ja przyjeżdżałam w rodzinne strony, wobec czego udawało się to znosić.

Pamiętasz o czym myślałaś podczas tamtego etapu?

Pamiętam. Bałam się utracenia kontaktu z przyjaciółmi ze szkoły, ale z drugiej strony wspólne rozmowy uświadomiły mi, że to w zasadzie kwestia 2 lat i wówczas wszyscy de facto się rozjadą. Mówię o różnych szkołach, uczelniach. I faktycznie tak się stało, a ja owy krok po prostu musiałam zrobić wcześniej. Osoby zaś, z którymi chciałam utrzymać kontakt mam wokół siebie do dziś. Jest wszystko w porządku.

Trudno przychodziło pogodzenie nauki i koszykówki? Momentami?

Momentami może i tak. Nie jestem osobą, której ciężko przychodziła nauka w szkole, ale równocześnie klub w Poznaniu mocno ułatwiał mi edukację, pokonywanie wszelkich przeszkód. Treningi były dopasowane godzinowo, nauczyciele wyrozumiale podchodzili do tego, co robię poza szkołą. Raczej wspominam ten okres czasu bez specjalnych problemów.

Miałaś wtedy jasny cel postawiony przed sobą? Ekstraklasę?

Wiadomo, że zawsze towarzyszą te najwyższe cele, z tym, że czy faktycznie cała moja energia koncentrowała się na ekstraklasie? Nie podchodzę w ten sposób do koszykówki. Raczej patrzę na nią typowo jak na pasję. Mogę ją realizować, rozwijać się. Sprawia mi to ogromną przyjemność. Poznaję wspaniałych ludzi oraz miejsca. Nie patrzę na koszykówkę przez pryzmat kariery.

Bardziej pasja niż wynik?

Tak, zdecydowanie. Miałam okazję zadebiutować w najwyższej lidze, trenować z koszykarkami tam regularnie rywalizującymi, co stanowiło ogromne przeżycie, lecz nie mam szczególnych aspiracji z nią związanych. Oczywiście aspiracje należy mieć, jednak moje podejście jest rzeczywiście trochę inne. Dobrze mi tak, jak jest.

Rozmawiamy na całkiem pokaźnym poziomie doświadczenia. Masz za sobą pięć sezonów spędzonych w 1. lidze, występy w ekstraklasie i nadal jesteś bardzo młoda.

Tak, w Poznaniu szybko otrzymałam szansę. Każda zawodniczka powinna przejść taką drogę. Zaczęło się od samych treningów z pierwszą ligą, później doszło przysłowiowe noszenie ręczników, sprzątanie magazynków itd. Swoje musiałam podczas treningów odsiedzieć na ławce. Dopiero w dalszej kolejności doszły epizodyczne występy na zapleczu ekstraklasy, aż przyszedł sezon, notabene pięknie zakończony zwycięstwem z Krakowem (śmiech). Wywalczyłyśmy brązowy medal, ja spędzałam na parkiecie w niektórych spotkaniach około 30 minut. Na pewno doświadczenie zebrałam i mam nadzieję, że zaprocentuje ono w nadchodzącym sezonie.

Mocno Cię to wszystko nakręcało?

Tak, bo widziałam, że idę do przodu. Trener coraz bardziej mi ufał,  a ja nabierałam pewności siebie. To był fajny sezon (śmiech).

Kiedy tak naprawdę poczułaś, że koszykówka jest czymś, w co chcesz się bardziej zaangażować? Początkowo często się gra i nic poza tym.

Na starcie więcej jest zabawy. W moim przypadku całość przyszła dość szybko. Wyjazd z domu, ta decyzja, ukierunkowała w pewnym stopniu moje życie. Natomiast tak naprawdę poczułam, że chcę przy tym zostać właśnie w trakcie wspomnianej przed momentem edycji rozgrywek, zakończonej medalem. Pewność siebie, minuty, cudowna drużyna, jaka wtedy się utworzyła. Nikt na nas nie stawiał, a my zajęłyśmy trzecie miejsce. Także dużo aspektów pozasportowych utwierdziło mnie, że jestem w tym miejscu, w którym chce być.

Co czułaś debiutując w ekstraklasie?

To było w Gdyni, na terenie byłego klubowego mistrza świata i dwukrotnego finalisty Euroligi. Poprzeczka zawieszona absolutnie wysoko. Dodatkowo, przyszło mi grać w obronie przeciwko niezwykle atletycznej obwodowej, Kahleah Copper, występującej także w elitarnej lidze WNBA. Czekając na krzesełku zmian pojawiło się wzruszenie. Głęboki oddech, wejście na parkiet i trzeba było się wyłączyć z tych emocji. Pamiętam z tego meczu pewną myśl, właśnie stając w obronie naprzeciw Copper – ale ona jest szybka. Z kolei pierwsze punkty zdobyłam…  w Krakowie.

Generalnie dużo analizujesz? Dużo się zastanawiasz?

Dużo. Jestem osobą, która dużo myśli, analizuje. Niekoniecznie z tego zawsze przychodzą dobre rzeczy, bo, jak to kobieta, lubię sobie czasem dużo wmawiać, wymyślać negatywne wątki. Wtedy bliscy muszą mnie sprowadzać na ziemię. Takie różne przemyślenia się pojawiają… Wydaje mi się, że wynika to z tego, że szybko musiałam się usamodzielnić, samemu sobie radzić i przez to mój umysł, organizm tak funkcjonuje.

Ale jednocześnie jesteś aktywna. Realizujesz się prowadząc zajęcia z koszykówki.

Tak. Możliwość przekazania własnej pasji innym to cudowne uczucie. Dostałam taką szansę od Akademii Koszykówki w Poznaniu. Na obozie z dziećmi wcielałam się w rolę instruktora. Podobnie, zafunkcjonowałam w Obrze Kościan, prowadząc zajęcia z chłopakami. To rzecz, w której się absolutnie dobrze czuje i w przyszłości, bliższej czy dalszej, chciałabym się pod tym względem realizować.

Dzięki temu wszystkiemu chyba każdy dzień u Ciebie wygląda inaczej?

Może nie inaczej, ponieważ na tym poziomie jest obecna pewna rutyna. Trening, nauka, w międzyczasie jakiś posiłek, drzemka. Później kolejny trening. Natomiast na pewno nie jest to nudne życie. Sporo się dzieje. Wyjazdy, ludzie, nowe miejsca. I tego już nikt mi nie zabierze. Gdyby nie sport to tego wszystkiego bym nie odczuła, nie zobaczyła.

Sport zatem okazał się dla Ciebie drogą?

Ja w ogóle odnośnie sportu uważam, że każde dziecko powinno coś w jego kierunku robić. Tu się sprawdza to, co gdzieś się kiedyś czytało, że sport wychowuje. Takie stwierdzenie świetnie pasuje do mnie, ale też właściwie ludzi, którzy są w moim otoczeniu. Sport to ważna sprawa.

Teraz, między innymi z powodu sportu, zdecydowałaś się być jeszcze dalej od domu.

Tak się zdecydowałam. To była dość spontaniczna decyzja, jednak przyszedł czas na nowe wyzwania i prawdę mówiąc spróbowanie siebie.

Potrzebowałaś wyzwania?

Potrzebowałam. Mocno. Bardzo mocno.

Chodzi o zrobienie czegoś nowego?

Robiłam w sumie to samo, przy czym sprawa rozbija się o minuty, ponowne zyskanie pewności siebie. Zresztą sam wyjazd stanowi kolejną okazję do rozwoju, poznania ludzi. Takie zamknięte koło. Ale fajne (śmiech).

Jak zapatrujesz się na najbliższy sezon Good Lood AZS PK Kraków?

Zespół z Krakowa zawsze mi się podobał, pod kątem tego w jaki sposób grał. To bardzo szybka koszykówka, a ja szukam w tym wykorzystania swojej motoryki. Klub od kilku lat jest w czołówce pierwszej ligi. Teraz celuję w medal, zawsze trzeba w niego celować, a jaki? To zobaczymy.

A miałaś do czynienia z innymi dyscyplinami sportu?

Będąc w szkole podstawowej próbowałam lekkoatletyki. Szkoła była mała, startowałam we wszystkich zawodach. Najbardziej towarzyszył mi czwórbój. Biegi przełajowe to każdy zaliczał. Do tego dodałabym jeszcze skok w dal. Tyle, że sport indywidualny nie jest dla mnie. Lubię przebywać z ludźmi i chyba nie miałabym aż tak wiele samozaparcia, by trenować samemu.

Wspomniałaś o początkach koszykówki i grze razem z chłopakami. Niezłe wyzwanie postawiłaś sobie przed sobą.

Tak zaczynałam. Grałam rekreacyjnie, chociaż to może nie jest najlepsze słowo…

W męskim gronie, przypuszczam, ciężko było o rekreację.

Czasem wkurzało mnie, że przyjezdni, nie ci moi, traktowali mnie na zasadzie „a, dziewczyna”. Ale szybko przestawali.

Dostali z łokcia trzy razy pod żebra i zmieniali zdanie?

Trzeba było sobie radzić. Aczkolwiek żeby traktować to jako faktycznie profesjonalny trening to dopiero po przyjeździe do Poznania.

Z każdej przytoczonej historii płynie pozytywne przesłanie. W tym tkwi sekret, że pasja jest ważniejsza niż zwycięstwo?

W moim mniemaniu o to chodzi. Oczywiście są osoby mające strasznie wysoko postawione cele. One zazwyczaj wiedzą dokładnie czego chcą, co wymaga kolosalnych poświęceń. Będąc mały szczebelek niżej też trenujesz, dążysz do jakiegoś miejsca, a całość wygląda jednak inaczej.

Rodzina bardzo Cię wspiera?

To śmieszna sprawa, bo moi rodzice nigdy nie interesowali się sportem. Ok, brat grał, lecz to było małe miasteczko i raczej forma przypominała drużynę szkolną. Dopiero jak zaczęli przyjeżdżać na moje mecze, mama z tatą uczyli się co to jest podwójna, gdzie jest rzut z „topu”, gdzie z „zera”. Stąd wynikło parę zabawnych sytuacji. Kiedy się już wkręcili to maksymalnie. Przyjeżdżali do Poznania, mieli stosunkowo blisko. Mimo, że zazwyczaj podczas rywalizacji wyłączam się, nie słyszę trybun i nawiasem mówiąc bywa, że nie słyszę co trener do mnie mówi, to gdzieś z widowni wyłapywałam hasło „Zocha”, bo tak mówi na mnie tata. Zwłaszcza w trakcie derbów Poznania dało się je zrozumieć. Tam emocje sięgały zenitu.

Lokalna rywalizacja ma coś w sobie.

Ma, ale to chyba bardziej taka otoczka wytwarzana przez dziennikarzy przed danymi potyczkami. Nawet idąc na takie starcie rozmawiałam normalnie z przeciwniczkami, śmialiśmy się, bawiliśmy, pojawiały się nawet ostre żarty. Jak wychodziłyśmy na parkiet to była… sieczka. Gdzieś tam gra się na adrenalinie, a po syrenie znowu przechodzisz do normalnego funkcjonowania.

Ile dostawałyście wolnego po takim boju?

Nie traktowano go w tych kategoriach inaczej. Różnica polegała na tym, że więcej przewijało się przedstawicieli mediów. Sportowo to było normalne spotkanie.

Ciągnie Cię czasem do domu?

Nie jakoś specjalnie. Ten rok był akurat taki, że mnóstwo czasu tam spędziłam, nie zdążyłam się specjalnie stęsknić. Swoich znajomych miałam w Poznaniu, z rodzicami się często widywałam. Nie odczuwałam zbytnio rozłąki. Teraz będzie na pewno inaczej. Kawałek jednak jest, ale damy radę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.